„Lek” z Facebooka, doktor z deepfake’a. Jak oszuści zarabiają na twarzy znanego lekarza
Zdrowie

„Lek” z Facebooka, doktor z deepfake’a. Jak oszuści zarabiają na twarzy znanego lekarza

Za fałszywą reklamą preparatu na cukrzycę kryją się skradzione zdjęcia, presja czasu, maskowana strona i zagraniczna sieć afiliacyjna, która płaci za każdego pozyskanego klienta.

Facebook już dawno przestał być miejscem, w którym sprawdza się, co słychać u znajomych. Co prawda, nadal gdy go przeglądamy, widzimy zdjęcia rodziny, życzenia urodzinowe i podawane dalej żarty. Między tymi treściami coraz częściej pojawiają się jednak reklamy, sponsorowane materiały i posty podsuwane przez algorytm. To część modelu biznesowego platformy, która zarabia przede wszystkim na utrzymywaniu uwagi i sprzedawaniu dostępu do użytkowników.

W takiej sytuacji reklama nie musi szukać odbiorcy, bo algorytm podsuwa ją dokładnie tam, gdzie ma największe szanse zadziałać. Wystarczy, że wślizgnie się między zwykłe wpisy i przybierze formę czegoś znajomego. Jednym z takich materiałów jest nagranie, które na pierwszy rzut oka przypomina fragment programu informacyjnego: czerwono-biała grafika, logo kojarzące się z wieczornym dziennikiem i mężczyzna mówiący spokojnym, eksperckim tonem. Opowiada o cukrzycy tak, jakby zwracał się prosto do ludzi, którzy od lat mierzą cukier, robią zastrzyki i słyszą od lekarzy, że trzeba nauczyć się żyć z tą chorobą.

A on mówi coś zupełnie innego: że można ją nie tylko opanować, ale całkowicie wyleczyć. Nie potrzeba lat terapii czy zmiany stylu życia. Wystarczy kilka tygodni kuracji i to bez wychodzenia z domu. Po kliknięciu w link trafia się na stronę creamllc.com.de. Od tego momentu zaczyna się opowieść, w której niemal każdy element okazuje się fikcją.

Zrzut ekranu ze strony creamllc.com.de (dostęp 29.05.2026 r.)

Doktor, który nie czyta liczb

Na stronie odtwarza się nagranie udające materiał ze studia telewizyjnego. Prowadzący rozmawia z rzekomym ekspertem od cukrzycy: Markiem Skoczylasem. W rzeczywistości Skoczylas jest z wykształcenia lekarzem dentystą, a od czerwca 2025 roku pozostaje zawieszony i nie może wykonywać zawodu w żadnej formie.

W filmiku przedstawiono go jako doktora, naturopatę i twarz rządowego programu mającego przynieść przełom w leczeniu cukrzycy. „Skoczylas” opowiada w nim o państwowych badaniach i cudownych wynikach: w próbie miało wziąć udział 3,5 tys. osób i wszystkie co do jednej wyzdrowiały. Mówi również o niedoborze witaminy, którą oficjalna medycyna ignoruje, oraz o tym, że apteki chciałyby sprzedawać jego preparat po tysiąc złotych za opakowanie. On jednak, oburzony ich chciwością, miał dogadać się z państwem i sprzedawać go pacjentom po kosztach bezpośrednio w Internecie z pominięciem „zachłannych” pośredników.

Słysząc to, rozsądek powinien zapalić czerwoną lampkę. Ale scam działa nie dlatego, że jest logiczny, tylko dlatego, że wpływa na emocje odbiorcy. Widz dostaje znajomą oprawę, nazwę stacji, słowo „doktor” i relacje „wyleczonych” osób. To wystarczy, by mózg dopowiedział sobie resztę i uznał filmik za bardziej wiarygodny, niż jest w rzeczywistości.

Widać jednak, że nagranie nie zostało dopracowane. Głos jest płynny, intonacja dość naturalna, mimika prawie wiarygodna, ale gdy pojawia się waluta lub liczebnik, mistyfikacja rozsypuje się jak źle sklejona dekoracja. Tak dzieje się na przykład, gdy „doktor” mówi: „Po dwa dniach”. Mogłoby to być przejęzyczenie, ale kolejna liczba to kolejne potknięcie. Jakby ktoś nauczył maszynę polskiego, ale nie nauczył jej odmiany. I właśnie z tym mamy tu do czynienia.

Okazuje się bowiem, że „doktor Skoczylas” z tego nagrania to deepfake – stworzona cyfrowo wersja, której prawdziwy Marek Skoczylas mógł nigdy nie nagrywać. Wygenerowany głos podstawiony pod twarz i nazwisko prawdziwego człowieka, żeby sprzedać produkt ludziom cierpiącym na realną chorobę.

Do tego dochodzi klasyczny mechanizm presji: wyprodukowano tylko tysiąc opakowań, następna partia za trzy lata, masz tylko kilka minut na zakup, bo później formularz zniknie. Pojawia się tylko na chwilę. Na razie cena jest wyjątkowa, bo rząd rzekomo dopłaca. Kto wie, co będzie później. Możesz stracić okazję na „całkowite wyleczenie”. Ten mechanizm jest jedną z najbardziej czytelnych poszlak wskazujących, że mamy do czynienia z internetowym oszustwem i nie powinniśmy ufać danej stronie. Jego zadaniem jest pozbawienie odbiorcy możliwości spokojnego namysłu, sprawdzenia informacji i porównania obietnic z rzeczywistością

Technika ta nie jest niczym nowym. Przez lata działała w telezakupach, gdzie szeroko uśmiechnięty prezenter przekonywał, że pas odchudzający pozwoli schudnąć bez ćwiczeń, a do tego przy zakupie w ciągu kilku najbliższych godzin otrzyma się masażer stóp i balsam ujędrniający gratis. Budowano presję czasu i fałszywą wartość produktu, by sprzedać coś, co nie było warte nawet dużo niższej ceny niż ta rzekomo promocyjna. Zmieniło się medium, ale sposoby pozostały te same.

Formularz ze strony creamllc.com.de (dostęp 29.05.2026 r.)

Blog kulinarny, którego nikt miał nie czytać

Kolejną warstwę operacji widzimy po wpisaniu adresu creamllc.com.de w Wayback Machine – internetowe archiwum pozwalające sprawdzić, jak dana strona wyglądała na przestrzeni czasu. W tym wypadku zamiast nagrania z telewizyjnego studia dostajemy blog kulinarny z przepisami po chorwacku. Nie jest to pomyłka archiwum, tylko cloaking – technika maskowania, w której serwer rozpoznaje, kto puka do drzwi. Jeśli jest to robot Wayback Machine albo inny bot, wyświetlana jest wersja neutralna, czyli blog kulinarny. Jeżeli natomiast wchodzi prawdziwy użytkownik z Polski, który kliknął reklamę na Facebooku, dostaje wersję właściwą: deepfake, cudowną obietnicę i formularz zamówienia. Algorytm widzi przepis na ciasto, a człowiek rzekome lekarstwo na cukrzycę. 

A sama domena? Zarejestrowana została 19 kwietnia 2026 roku przez Namecheap. Zamiast danych właściciela w publicznym rejestrze widnieje oferowana przez Namecheap usługa Withheld for Privacy ehf, której nazwa dosłownie oznacza „zatajono dla zapewnienia prywatności” i która zastępuje dane rejestrującego własnymi. Do tego ruch odbywa się przez Cloudflare – system dokładający kolejną warstwę anonimowości. Wszystko zaprojektowane jest więc tak, żeby po zgłoszeniu strony można było ją szybko zostawić: świeża domena, anonimowy właściciel oraz sieć dystrybucji, którą można porzucić i postawić od nowa pod innym adresem.

Wersja strony, którą widzi człowiek
Wersja zarchiwizowana przez Wayback Machine

Co więcej, każda zakładka w górnym menu – „Polska”, „Świat”, „Biznes” – prowadzi do tego samego filmiku. Menu nie jest więc nawigacją, tylko dekoracją mającą stwarzać pozory.

Pacjenci z banku twarzy

Pod materiałem znajduje się sekcja z komentarzami, które jednogłośnie zachwalają cudowne działanie oferowanego preparatu. Komentujący mają zdjęcia profilowe i polskie nazwiska, więc na pierwszy rzut oka może nie wyglądać to podejrzanie.

Wystarczy jednak wziąć pierwsze z brzegu zdjęcie i sprawdzić, skąd pochodzi. Plik ma w nazwie podpowiedź: prowadzi do białoruskiego portalu Onliner, do działu „Ludzie”. Twarz „pacjenta” okazuje się twarzą mężczyzny z zupełnie innego kraju i o innej historii. Fotografia kolejnego mężczyzny – podobna sytuacja, tylko tym razem zdjęcie jest „pożyczone” z Facebooka. Następne zdjęcie pochodzi z banku obrazów, gdzie sprzedawane są twarze „do wynajęcia”. Co łączy wszystkich tych ludzi? To, że nigdy tych kapsułek nie brali, bo – o ile w ogóle istnieją – prawdopodobnie nawet nie wiedzą, że ich wizerunek pracuje w polskiej reklamie „leku na cukrzycę”.

Zrzut ekranu komentarzy ze strony creamllc.com.de (dostęp 29.05.2026 r.)

Same komentarze też nie zostały dodane naturalnie. Pojawiły się w krótkim okienku czasowym. Kilkanaście osób z Polski na przestrzeni pół godziny miało rzekomo niezależnie napisać komentarz o swojej wyleczonej cukrzycy. A potem znów cisza.

Jest jeszcze jedna poszlaka: w deepfake'u nie pada nazwa preparatu. „Doktor” mówi o kuracji, kapsułkach, programie. Marka pojawia się dopiero w komentarzach. Tam pada konkretna nazwa: Insulevel. W formularzu pod filmem wyświetla się natomiast inny produkt: Gluconax. Możliwe, że w filmie celowo nie ma nazwy, aby móc stosować go przy sprzedaży różnych produktów na cukrzycę. W takim przypadku różnica między nazwą w formularzu a nazwą w komentarzach może wskazywać, że ktoś nie dopilnował zmiany i nie dostosował treści

Nazwisko, które pracuje na innych

Insulevel jest do kupienia w kilku miejscach. Da się go znaleźć w sklepach internetowych, na osobnych stronach sprzedażowych czy platformach marketplace. Co ciekawe, na Amazonie w polu „marka” i „producent” wpisano: Skoczylas. To szczególnie niepokojące, bo czym innym jest nielegalna reklama deepfake’owa, a czym innym sytuacja, w której nazwisko prawdziwej osoby zaczyna funkcjonować jako etykieta handlowa produktu. Zwłaszcza produktu, który jest promowany materiałem podszywającym się pod program informacyjny i obietnicę przełomu medycznego.

Sprzedawcą jest konto o nazwie esuplementy. To samo konto oferuje również Gluconax – także pod marką „Skoczylas”. Tylko że esuplementy to nie firma, a szyld sklepu. Pod spodem stoi Web-sales Dariusz Kuźnik, co widzimy po wpisaniu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) NIP-u widocznego na tym koncie.

Gluconax także można kupić w wielu sklepach, łącznie z marketplace’em Kauflanda. Ma również własną stronę, która próbuje przejąć całą sprzedaż produktu, ostrzegając: „Uważaj na podróbki. Ze względu na sukces GLUCONAX na rynku pojawiło się wiele podróbek niskiej jakości. To jest jedyna oficjalna strona, na której możesz kupić nasz produkt”. Uwagę na stronie Gluconaxu zwracają też błędy językowe. Na przykład w opisie stosowania czytamy, że powinno się przyjmować 3 kapsułki dziennie, a „zalecany kurs wynosi 28 dni”. W efekcie tekst wygląda jak automatycznie tłumaczona instrukcja sprzedażowa, przygotowana raczej do szybkiego uruchomienia kolejnej wersji strony niż do rzetelnej komunikacji z klientem.

Sam Marek Skoczylas – ten prawdziwy – ma własne oficjalne konto sprzedawcy na Allegro i Amazonie. Czy wyraził zgodę na to, by jego nazwisko było wpisywane jako marka kapsułek, których reklamą jest deepfake jego twarzy? On sam twierdzi, że nie. I mówi o tym w odpowiedzi na komentarz na swoim Facebookowym profilu, gdy jeden z użytkowników pyta o kupiony Insulevel. Co ważne, nie kupiła tego preparatu pierwsza z brzegu osoba, a „Lider wśród fanów”. Według odznaczeń Facebooka jest to jedna z najbardziej aktywnych osób na danym profilu – taka, która dużo komentuje i udostępnia. A to oznacza, że deepfake’i ze Skoczylasem działają.

Odpowiedź Marka Skoczylasa na komentarz odnośnie do Insulevel (dostęp 29.05.2026 r.)

Nie bez powodu jednak to właśnie Marek Skoczylas został wybrany na twarz tego deepfake’a. Wystarczy spojrzeć na tytuł filmu, pod którym został umieszczony wspomniany komentarz: „87% cukrzyków zostało wyleczonych! Leki nie miały szans”. Podobieństwo podrobionych treści do oryginalnych było wystarczająco duże, by skłonić do uwierzenia. Co więcej, Marek Skoczylas faktycznie sprzedaje suplementy, z tym że pod marką „Skoczylas”, której nazwa jest zawsze wyraźnie widoczna na opakowaniu. Gdy ktoś jednak poszukuje na Amazonie suplementów marki „Skoczylas”, oprócz tych właściwych dostaje Insulevel i Gluconax.

Telegram, dolary i polska cukrzyca

I tu można by skończyć – uznać, że to lokalny, polski scam zorganizowany przez kilka osób, które wpadły na pomysł szybkiego zarobku. Nie wygląda to jednak na lokalny przekręt. Ślad prowadzi dalej. 

Konto powiązane z siecią afiliacyjną Lucky.online opublikowało po rosyjsku post skierowany do ludzi zawodowo kupujących reklamy m.in. na Facebooku i kierujących ruch na oferty produktowe. Brzmiało to jak zwykła branżowa promocja: „Nowy Rok jeszcze się nie zaczął, a my już mamy prezenty. Do 19 stycznia podbijamy stawki na wszystkie oferty w Polsce”. Poniżej umieszczona została lista kategorii: potencja, prostata, odchudzanie, pasożyty, stawy, grzybica i… cukrzyca. Jeszcze niżej lista produktów i informacja, jak zmieniła się stawka: Nemanex, Exodermin, SirtFood Diet i inne, a wśród nich InsuLevel – z 24 dolarów podbity do 35.

Trzydzieści pięć dolarów. Tyle dostaje afiliant, czyli osoba, która wypuści reklamę i sprowadzi klienta, za każde opakowanie kapsułek sprzedane polskiemu choremu. Tyle jest wart jeden polski cukrzyk w tym modelu. Co więcej, jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak zrobić reklamę, dostanie gotowy pakiet: tekst, grafika, wideo, strona internetowa, tracker. Wszystko przetestowane – wystarczy odebrać materiały od menedżera na Telegramie i odpalić kampanię.

Z tej samej sieci pochodzi case study z Francji: jeden afiliant miał podobno zarobić na Insulevelu 11 884 dolary w miesiąc. I nagle cała układanka staje się brutalnie prosta. To są pieniądze, dla których opłaca się wygenerować deepfake, ukraść zdjęcia twarzy, postawić cloaking i zarejestrować nową domenę. Dla afilianta siedzącego z laptopem i kontem reklamowym gdzieś między Mińskiem, Warszawą, Limassol a dowolnym innym miejscem Polska jest tylko rynkiem do eksploracji, cukrzyca kategorią sprzedażową, a 35 dolarów wystarczającą stawką, by testować kolejne wersje reklam, aż któraś zacznie działać. Gdy platforma reklamowa zamknie jedną kampanię, uruchamia się następną.

Co w tej historii kosztuje naprawdę

Deepfake’i tego typu trafiają do ludzi, którzy często są starsi, zmęczeni chorobą i podatni na obietnicę prostego rozwiązania. Ale sto złotych za opakowanie jest tu najmniejszą stratą. Ktoś, kto kupuje te kapsułki, robi to z powodu rady „lekarza”, któremu ufa. W efekcie odstawia metforminę, pomija insulinę albo przestaje mierzyć cukier – i zbyt późno może trafić do szpitala.

I wtedy do gry wchodzą rzeczy, których żaden afiliant nie wpisuje sobie w arkusz kalkulacyjny: kwasica ketonowa, hipoglikemia, OIOM, czasem śmierć. Cukrzyca jest chorobą, którą da się trzymać pod kontrolą dekadami. Ale właśnie ta kontrola jest tu kluczowa. Jeśli ktoś wmawia pacjentom, że mogą porzucić leczenie na rzecz kapsułek z internetu, nie sprzedaje im tylko złudzenia, ale wystawia na realne i poważne niebezpieczeństwo.

Stronę creamllc.com.de można zgłosić – do CERT Polska, do Cloudflare jako phishing, do Mety jako reklamę wprowadzającą w błąd, do UOKiK-u jako nieuczciwą praktykę rynkową. Wykorzystanie nazwiska prawdziwej osoby jako marki bez jej zgody to materiał na sprawę cywilną o naruszenie dóbr osobistych. Można to wszystko zrobić i warto. 

Tylko że za parę tygodni „doktor Skoczylas” wróci. Może z inną domeną, z innym schorzeniem, a może nawet z innym nazwiskiem, twarzą i logo. Listy w katalogach sieci afiliacyjnych są długie, a sprzedawcy działają dalej. Nie dlatego, że nikt nie zgłasza tych stron, tylko dlatego, że za każdym razem, gdy ktoś klika w reklamę i zamawia opakowanie za sto złotych, ktoś inny dostaje swoje trzydzieści pięć dolarów. I tak długo, jak długo kapsułki będą się sprzedawać, doktor z deepfake'a będzie wracał – do tego samego feedu, w którym ktoś z cukrzycą scrolluje memy o pogodzie.