Woda, która ma oczyszczać organizm, wspierać detoks, poprawiać wydolność, a nawet pomagać przy nowotworach, autyzmie czy stopie cukrzycowej. Brzmi jak przełom? Raczej jak podręcznikowy przykład współczesnej dezinformacji medycznej.
Przypadek wody plazmowanej firmy Nantes Plazma pokazuje mechanizm dobrze znany z rynku pseudomedycznych produktów. Nie chodzi tu o jedno proste, łatwe do obalenia kłamstwo. Chodzi o bardziej wyrafinowaną konstrukcję: mieszaninę naukowo brzmiących sformułowań, anegdot o poprawie zdrowia, sugestii terapeutycznych i asekuracyjnych zastrzeżeń prawnych. Taki przekaz nie musi mówić wprost: „to leczy”. Wystarczy, że doprowadzi odbiorcę dokładnie do tego wniosku.
Nie wolno, ale powiemy
Jednym z najbardziej uderzających elementów przekazu Nantes jest rozbieżność między formalnym statusem produktu a sposobem, w jaki się o nim mówi. W materiałach producenta powraca ten sam motyw: oficjalnie firma nie może mówić, że chodzi o produkt do spożycia przez ludzi, ponieważ – jak tłumaczy prezes Wiktor Oszczęda – firma nie ma „własnego źródła” wody. Powtarzają się zastrzeżenia, że produkt nie jest lekiem ani suplementem diety, ale są one serwowane z wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę odbiorców. Jednocześnie bowiem te same przekazy często zawierają bardzo konkretne sugestie dotyczące zastosowań zdrowotnych oraz opisy dawkowania.

Wiktor Oszczęda twierdzi, że nie wolno mu mówić odbiorcom, aby pili „szklankę dziennie”, ani że jest to „kuracja” na trzy miesiące lub pół roku, ale dokładnie to robi. Formalnie dystansuje się od komunikatu o spożyciu, ale praktycznie go podsuwa. Całość ma doprowadzić odbiorcę do jednego konkretnego wniosku: tego produktu używa się doustnie, w określony sposób, z oczekiwaniem określonych efektów zdrowotnych.
Zastrzeżenie, że produkt nie jest do spożycia, nie osłabia reszty przekazu. Wręcz przeciwnie – działa jak ochrona prawna przy zachowaniu siły perswazyjnej komunikatu. Odbiorca nie skupia się na formalnym zastrzeżeniu. Zapamiętuje opowieść o oczyszczaniu organizmu, poprawie zdrowia i komórkach nowotworowych. W efekcie producent może budować zdrowotne oczekiwania, a jednocześnie utrzymywać, że formalnie niczego nie obiecywał.
Uwagę zwraca także rozproszenie odpowiedzialności. Z jednej strony Oszczęda przekonuje, że zastosowanie produktu leży wyłącznie w gestii kupującego. Z drugiej zaś sam podsuwa odbiorcy przekaz, do czego produkt ma służyć i jakich efektów się spodziewać. Do tego dochodzi niespójność po stronie dystrybucji. W sklepie DlaPacjenta (dlapacjenta.pl) woda Nantes oferowana jest w kategorii „środki do dezynfekcji”, ponieważ – jak wynika z wiadomości otrzymanej od właściciela – informacje od producenta nie przekonały sklepu do umieszczenia go w kategorii wód do picia. W innych sklepach występuje już jednak w kategorii żywność i woda.
To system, w którym każdy może zyskać na zdrowotnych skojarzeniach, ale nikt nie chce wziąć pełnej odpowiedzialności za ich konsekwencje. Producent może odwoływać się do formalnych ograniczeń, sprzedawcy mogą stosować różne klasyfikacje produktu, a ostateczne decyzje użytkownika przedstawiane są jako efekt jego własnej interpretacji. Jednocześnie cały ekosystem komunikacyjny wokół wody plazmowanej Nantes skoncentrowany jest na stworzeniu obrazu produktu jako potencjalnie korzystnego zdrowotnie.
„Rozbita kropla” i „tlen singletowy”
Komunikacja towarzysząca wodzie plazmowanej Nantes jest nasycona pojęciami, które brzmią specjalistycznie i nowocześnie. Mowa o „wodzie o zmienionej strukturze”, „rozbijaniu jednej kropli na miliard kropelek”, „tlenie singletowym”, „przenikaniu do błon komórkowych”, „oczyszczaniu organizmu” czy „utlenianiu metali ciężkich”. W wypowiedziach przedstawicieli pojawiają się twierdzenia o poprawie wydolności, dodawaniu energii, a nawet przechodzeniu nanowody przez barierę krew-mózg. Język używany do opisu tego produktu nie jest przypadkowy. Ma budować wrażenie zaawansowania technologicznego i naukowej wiarygodności. Odbiorca ma uznać, że skoro komunikat brzmi „poważnie”, to za produktem musi stać solidna wiedza.
Problem polega na tym, że taki przekaz to tylko zestaw efektownie brzmiących pojęć, które przeciętnemu odbiorcy trudno zweryfikować. I dokładnie taki jest jego cel. Dla osoby bez specjalistycznego przygotowania obecność terminologii technicznej może być wystarczającym potwierdzeniem wiarygodności, nawet jeśli nie towarzyszą jej odpowiednie dane dotyczące bezpieczeństwa i skuteczności stosowania u ludzi. Tymczasem naukowe słownictwo nie jest przecież dowodem skuteczności. Takim dowodem są badania kliniczne przeprowadzone z udziałem ludzi.
W materiałach Nantes pojawiają się odniesienia do badań prowadzonych w jednostkach naukowych, w tym nad komórkami nowotworowymi, a także badań dotyczących roślin, zwierząt czy właściwości fizykochemicznych wody obrabianej plazmą. Opisywane są „obiecujące wyniki” oraz obserwacje dotyczące apoptozy komórek nowotworowych w warunkach laboratoryjnych. To jednak nie uprawnia do formułowania szerokich sugestii terapeutycznych wobec ludzi. Sam Oszczęda zresztą przyznaje, że nie prowadzono badań z udziałem ludzi, które pozwoliłyby „pójść w stronę medyczną”, a rozwijano raczej badania w obszarze agro i zastosowań pozamedycznych, ponieważ nie udało się dostać dofinansowania.
I właśnie tutaj widać jeden z podstawowych mechanizmów dezinformacji medycznej: wyniki badań wstępnych są przedstawiane w taki sposób, by uzasadniać praktyczne zastosowanie zdrowotne. W efekcie odbiorca może nie zauważyć, że między obserwacją laboratoryjną a bezpiecznym zastosowaniem klinicznym istnieje zasadnicza różnica. Specjalistyczne słownictwo ma przykryć prosty fakt: brak przekonujących dowodów na bezpieczeństwo i skuteczność stosowania produktu u ludzi w tak szeroko sugerowanych zastosowaniach zdrowotnych. Badanie wpływu na komórki czy rośliny takim dowodem nie jest.
Zaprzyjaźnione instytuty
Jak wspomnieliśmy, Nantes chętnie odwołuje się do uczelni, laboratoriów i naukowców. Na stronie widnieje nawet zakładka „Rada naukowa”. Taki zabieg ma w oczach odbiorcy dodatkowo wzmacniać wiarygodność produktu. W praktyce jednak sama obecność nazwisk czy instytucji nie przesądza o tym, że produkt został rzetelnie potwierdzony klinicznie jako bezpieczny i skuteczny w zastosowaniach zdrowotnych u ludzi.
To kolejny klasyczny trik: nie trzeba wykazywać pełnego łańcucha dowodowego, wystarczy stworzyć jego wrażenie na przykład za pomocą techniki fałszywego autorytetu. Odbiorca ma usłyszeć „badania”, „uniwersytet”, „profesor” i sam dopisać resztę. Tyle że między „ktoś coś badał” a „można to bezpiecznie stosować jako środek o działaniu zdrowotnym” z punktu widzenia nauki jest przepaść.
Co do samej Rady naukowej, zastanawiające jest to, że według informacji na stronie jej przewodniczącym jest prof. dr. Piotr Tomasik (dostęp 20.05.2026 r.), tymczasem według oficjalnych informacji profesor zmarł w październiku 2024 roku. Czy Rada więc faktycznie działa, czy jest tylko dobrze wyglądającą zakładką na stronie?
Jeśli dowód, to anegdotyczny
W komunikacji Nantes ważną rolę odgrywają również historie ludzi. To jeden z najskuteczniejszych mechanizmów perswazyjnych w obszarze pseudomedycyny. Anegdoty – rozumiane jako historie z życia codziennego – są emocjonalne i łatwe do zapamiętania. Nie wymagają statystyki, metodologii ani twardych danych. Wystarczy historia, że ktoś poczuł się lepiej, wyzdrowiał albo „odzyskał świadomość”.
Problem w tym, że anegdota nie jest dowodem. Nie pozwala ustalić związku przyczynowego, nie daje informacji o bezpieczeństwie, nie pokazuje, czy to efekt działania reklamowanego produktu, czy innych terapii, a także czy obserwowany efekt w ogóle da się powtórzyć. W przypadku historii opowiadanych przez przedstawicieli firmy nie można zweryfikować nawet, czy takie ozdrowienia faktycznie miały miejsce. Właśnie dlatego w medycynie ocena skuteczności opiera się na dobrze zaprojektowanych badaniach, a nie na opowieściach. Mimo to w komunikacji tego i podobnych produktów to właśnie anegdota często pełni funkcję najważniejszego argumentu. Dlaczego? Daje chorej osobie nadzieję, a to właśnie nadzieja jest tu prawdziwym towarem.
Autyzm, metale ciężkie i szczepienia
Kolejnym alarmującym elementem przekazu Nantes są wypowiedzi dotyczące autyzmu i wątków antyszczepionkowych. W jednym z wystąpień nieżyjący już Zdzisław Oszczęda, założyciel i były prezes Nantes, przekonywał, że dzieci autystyczne są „przywracane” do normalnego życia, ponieważ nanowoda ma rzekomo przechodzić przez „bariery błony” mózgu i prowadzić do utleniania metali ciężkich, które miałyby odpowiadać za ich stan.
Pojawiały się też sugestie łączące autyzm i cukrzycę ze szczepieniami oraz przedstawiające szczepionki jako źródło „trucizn”. Tu kończy się obszar kontrowersyjnego marketingu zdrowotnego, a zaczyna obszar przekazów realnie niebezpiecznych. Łączenie autyzmu ze szczepieniami to jeden z najbardziej utrwalonych schematów dezinformacji medycznej. Równie szkodliwa była narracja, w której autyzm przedstawiany jest jako stan wywołany metalami ciężkimi i możliwy do odwrócenia za pomocą niesprawdzonego preparatu. Oprócz żerowania na lęku rodziców, tego typu narracje mogą skłaniać ludzi do porzucania rzetelnej diagnostyki, terapii i konsultacji medycznych na rzecz niesprawdzonych praktyk, które w istocie uznać można za znachorstwo.
Szczególnie niepokojące jest to, że w wypowiedziach Oszczędy pojawił się opis działań wyglądających jak eksperyment z udziałem dzieci z autyzmem. Mówił on, że dzieci po trzech miesiącach stosowania wody plazmowanej Nantes miały „odzyskiwać świadomość”, a rodzice, widząc poprawę, rezygnowali z dalszego podawania produktu. Według niego było to błędem, ponieważ cały proces należało kontynuować. Twierdził, że próbował stworzyć grupę 90 dzieci do badań klinicznych, ale projekt „rozsypał się” po trzech miesiącach, bo dzieci pijące wodę miały wyzdrowieć i zabrakło „grupy docelowej”. Wypowiedzi tego typu sugerują nieudowodnioną skuteczność produktu w odniesieniu do autyzmu i próbują nadać tym twierdzeniom pozór naukowej wiarygodności. Co gorsza, brzmią również jak przyznanie, że produkt był testowany na dzieciach. To rodzi zasadnicze pytania: na jakiej podstawie miały być prowadzone takie „badania”, kto je nadzorował, czy istniała zgoda komisji bioetycznej i w jakim trybie dopuszczono podawanie produktu dzieciom? Tym bardziej że przedstawiciele firmy podkreślają brak badań klinicznych z udziałem ludzi.
Spisek korporacji
W wystąpieniu Zdzisława Oszczędy pojawiły się również charakterystyczne dla środowisk pseudomedycznych narracje o blokowaniu „niewygodnych” rozwiązań. Padły twierdzenia, że „nikt nie jest zainteresowany, aby społeczeństwo było albo tanio leczone, albo w ogóle leczone”, bo „pacjent wyleczony, pacjent stracony”; że grupy farmaceutyczne nie są zainteresowane badaniami, bo wody „nie da się opatentować”, co innego formuły leków. Jak mówił: „grupy farmaceutyczne interesuje, żebyście brali pigułki, których formuła jest zapatentowana. Nie żebyście umarli, broń Boże, tylko żebyście ostatnią emeryturę wydali na to, by się leczyć. To jest biznes”. Pojawiła się też sugestia, że lekarze boją się mówić, bo mogą stracić prawo wykonywania zawodu, a pewne tematy są tłumione.
To bardzo ważny element mechanizmu dezinformacji, ponieważ dzięki niemu brak wiarygodnych badań klinicznych nie jawi się odbiorcy jako problem produktu, lecz jako rzekomy dowód na działanie złego systemu. Zamiast uznać brak solidnych dowodów za sygnał ostrzegawczy, odbiorca ma widzieć w nim dowód na rzekome ukrywanie prawdy. Ma dojść do wniosku, że skoro medycyna głównego nurtu czegoś nie uznaje, to może właśnie dlatego, że jest to zbyt skuteczne albo „niewygodne” dla wpływowych grup interesów. W ten sposób krytyka naukowa, regulacyjna czy medyczna zostaje z góry rozbrojona. Skoro „oni” nie chcą dopuścić prawdy, to brak uznania nie podważa przekazu, a wręcz go wzmacnia. To jeden z bardziej niebezpiecznych mechanizmów dezinformacji, bo zamienia brak dowodów w argument za wiarą w produkt. Zamiast prowadzić do większej ostrożności, problem ze spełnieniem wymogów regulacyjnych czy prawnych może być interpretowany jako argument wspierający narrację o ukrywanej skuteczności.
Na czym opiera się manipulacja?
Woda plazmowana Nantes jest więc przedstawiana w taki sposób, że odbiorca nie musi usłyszeć wprost: „to leczy”. Wystarczy seria sugestii, przykładów i naukowo brzmiących wyjaśnień, by mógł dojść do takiego wniosku sam. Na ten mechanizm składają się przede wszystkim:
- rozbieżność między formalnym statusem produktu a nieoficjalnymi komunikatami podczas wystąpień;
- zastrzeżenia, które mają dawać ochronę prawną, ale nie usuwają wrażenia skuteczności;
- budowanie aury naukowości i innowacyjności wokół produktu;
- sugestie bardzo szerokich korzyści zdrowotnych;
- anegdoty i badania wstępne zamiast twardych dowodów;
- tłumaczenie braku uznania naukowego spiskiem, przepisami i interesem koncernów.
Nie lek, ale przekaz jak o leczeniu
Historia Nantes Plazma nie jest ciekawostką o „nietypowej wodzie”, tylko przykładem tego, jak współczesna dezinformacja zdrowotna potrafi działać na granicy prawdy i kłamstwa. Producent nie twierdzi wprost, że produkt leczy konkretne choroby. Nie może tego robić, bo woda plazmowana nie jest lekiem. Robi więc coś sprytniejszego – tworzy system sugestii, niedomówień, anegdot i pseudonaukowych wyjaśnień, który prowadzi odbiorcę do konkretnego wniosku. To dlatego tego typu produkty bywają przekonujące. Nie opierają się na jednym łatwym do obalenia kłamstwie.
Jeśli produkt nie jest lekiem, suplementem czy choćby środkiem spożywczym, a jednocześnie opowieści wokół niego skupiają się na komórkach nowotworowych, autyzmie i poprawie zdrowia, to nie mamy do czynienia z neutralną informacją handlową. Otrzymujemy przekaz, który wywołuje u odbiorcy konkretne oczekiwania dotyczące prozdrowotnego działania – bez względu na to, ile razy producent powtórzy zastrzeżenie zrzucające z niego odpowiedzialność prawną.