W naszym poprzednim tekście weryfikowaliśmy technologię SO/check – komercyjną platformę oferującą rzekomo innowacyjne metody diagnozy na podstawie pomiarów nawet kilkudziesięciu parametrów pozwalających na ocenę stanu organizmu.
Nie ma wystarczających dowodów potwierdzających rzeczywistą miarodajność, spójność pomiarową oraz kliniczną użyteczność procedur w promowanym przez markę zakresie. Mimo to wyniki badań SO/check mają być podstawą do formułowania konkretnych zaleceń zdrowotnych, np. kosztownej suplementacji.
W tym artykule sprawdzamy, jak w praktyce wykorzystuje się rozwiązanie, o którym eksperci mówią jasno: to nie jest wiarygodna metoda diagnostyczna.
W trosce o zdrowie
Zaczyna się z pozoru zwyczajnie, od umówienia terminu na prywatne badanie. Wizyta u pani doktor, która ma łączyć wiedzę naukową, diagnostykę medyczną i dietetykę kliniczną, oferując plany dbania o zdrowie na poziomie komórkowym w oparciu o zaawansowaną metodę diagnostyczną i ekspercką interpretację wyników.
Obietnica bezinwazyjnej diagnozy oraz spersonalizowanych, wspomagających terapii może brzmieć jak coś, co zdrowiu tylko pomoże. Wiarygodność oferty wzrasta wraz z przeglądaniem dorobku wykonującej badanie. Oprócz doktoratu, habilitacji czy uczelnianej profesury, ma być biegłym sądowym, dietetykiem, prowadzić szkolenia czy oferować badania laboratoryjne m.in. z zakresu chemii analitycznej.
Sama procedura przebiega ekspresowo. Wystarczy podać kilka danych: wiek, płeć, wagę i grupę krwi. Następnie wyciągnąć dłoń i pozwolić na przyłożenie do niej urządzenia wielkości myszki komputerowej. Po chwili na ekranie laptopa pojawia się wynik – bilans minerałów i metali ciężkich, nasycenie tkanek witaminami, poziom stresu oksydacyjnego i wiele, wiele innych.
Moment weryfikacji
Po omówieniu wyników wizyta się kończy, a wkrótce potem e-mailem przychodzą zalecenia, w tym lista linków afiliacyjnych do ofert suplementów, których przyjmowanie ma poprawić wyniki na kolejnej wizycie kontrolnej. Po miesiącu, choć ponowne „badanie” nie wykazuje widocznej poprawy, pada zapewnienie, że suplementacja działa i wszystko idzie w dobrym kierunku. Po wydaniu sporej kwoty na oferowane produkty zapala się czerwona lampka.
Czym tak naprawdę jest procedura służąca za podstawę decyzji żywieniowych i pośrednio – finansowo-zdrowotnych? To „SO/check”, czyli sprzedawana w ramach sieci franczyzowej „platforma zdrowotna”, której sam producent zastrzega, że nie jest wyrobem medycznym i nie może stanowić narzędzia do diagnozy. Okazuje się też, że tytuł pani doktor nie ma związku z zawodem medycznym, gdyż doktorat i habilitację uzyskała w zakresie nauk chemicznych – nie ma uprawnień lekarza czy diagnosty laboratoryjnego.
Na pograniczu nauki
Mimo to na „badanie SO/check” można umówić się w blisko 150 miejscach w całej Polsce, między innymi gabinetach dietetycznych czy tych związanych z medycyną alternatywną. W teorii nie jest metodą diagnozy, więc nie potrzeba uprawnień, aby ją przeprowadzać. Jednak w praktyce ma służyć m.in. do pomiaru kilkudziesięciu parametrów określających stan organizmu. Wyniki takiego „badania” stanowią podstawę do formułowania dalszych „zaleceń” dotyczących diety i zdrowia.
W zakresie szkoleń franczyza oraz dystrybutor SO/check w Polsce współpracują z doktor habilitowaną nauk chemicznych Ewą Kłodzińską, aktualną profesor gdańskiej uczelni wyższej. To właśnie po wizycie u niej zgłosił się do nas czytelnik, aby opisać swoje doświadczenia i wskazać, że na zalecane suplementy wydał 1800 złotych.
Naukowczyni, oprócz działalności akademickiej czy badawczej, oferuje diagnostykę SO/check oraz dobierane na tej podstawie plany suplementacji. W ofercie znajdziemy też „terapie wspomagające” – np. inhalację wodorem czy fotobiomodulację. To już kolejne zgłoszenie na temat profesor Kłodzińskiej, które do nas trafiło.

Ocena funkcjonalna, a nie diagnoza?
Rzetelność oraz wiarygodność oferty „specjalisty diagnostyki medycznej i chemii analitycznej” mają wspierać m.in. opisy bogatego dorobku badawczego i licznych doświadczeń zawodowych, a także rzeczywista wiedza ekspercka w specjalnościach z zakresu chemii, technik separacyjnych, elektroforezy kapilarnej, biomateriałów czy infekcji ran pooperacyjnych. Wszystkiemu towarzyszą obietnice „spersonalizowanego procesu odbudowy organizmu, opartego na rzetelnej diagnostyce biochemicznej”. Problem w tym, że za naukowym żargonem kryje się metoda o wątpliwej wiarygodności.
W korespondencji z nami naukowczyni zaznaczyła, że SO/check stanowi narzędzie wspomagające ocenę funkcjonalną organizmu, analizę zależności biologicznych oraz ogólnej kondycji organizmu. Według niej wyniki mogą stanowić dodatkowe źródło informacji przy ocenie stanu funkcjonalnego organizmu oraz identyfikacji potencjalnych zaburzeń wymagających dalszej weryfikacji przy użyciu uznanych metod diagnostycznych.
Jak wskazała, technologia ta nie zastępuje badań laboratoryjnych ani procedur medycznych, podobnie jak wiele innych metod oceny funkcjonalnej wykorzystywanych w naukach o zdrowiu, sporcie czy dietetyce.
Na pograniczu medycyny
Wśród podmiotów uwzględniających w swojej ofercie technologię SO/check znajdziemy także kilka indywidualnych praktyk lekarskich. Jedną z nich prowadzi lekarz Waldemar Pawłowski – członek Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej w Olsztynie. EKODOKTOR, jak sam siebie przedstawia, prowadzi „gabinet medycyny ekologicznej i holistycznej”, gdzie ma pomagać „pacjentom nie tylko w leczeniu, ale również w skutecznej profilaktyce zdrowotnej”.
Choć posiada czynne prawo wykonywania zawodu oraz specjalizację w położnictwie i ginekologii, lekarz w swojej klinice oferuje nie tylko standardowe zabiegi (np. USG), ale także rozwiązania z pogranicza nauki i pseudomedycyny, takie jak biorezonans, ozon i zioła na boreliozę. Ważnym punktem oferty jest właśnie SO/check, a ściślej – dwa z trzech badań uwzględnionych w tym pakiecie: OLIGO/check (lub Oligoscan) oraz GNIOM/check, które bliżej omówiliśmy w naszym poprzednim tekście.
Jak czytamy na stronie lekarza, spektrofotometryczny skan dłoni OLIGO/check to „nowoczesna diagnostyka minerałów i metali ciężkich”, która ma pozwalać na „natychmiastową interpretację i wdrożenie odpowiednich działań zdrowotnych”, w tym suplementację. Badanie polecane jest m.in. osobom odczuwającym przewlekłe zmęczenie, mającym problemy z układem odpornościowych czy doświadczającym zaburzeń hormonalnych. Szczególnie martwi fakt, że pseudo-badanie SO/check polecane jest przez ginekologa również pacjentom onkologicznym jako „istotna metoda diagnostyczna”.

Oferowane przez EKODOKTORA medycyna „ekologiczna” czy „holistyczna” nie są uznanymi specjalizacjami, a niektóre proponowane przez niego zabiegi wydają się raczej wpisywać w definicję pseudomedycyny niż praktyki opartej na dowodach naukowych. W sprawie naszych ustaleń kontaktowaliśmy się z lekarzem, jednak do czasu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi na zadane przez nas pytania.
To nie pierwszy raz, kiedy opisujemy podobny przypadek medyka „po ciemnej stronie medycyny”. W tym roku informowaliśmy o lekarce, która również polecała zioła i biorezonans w leczeniu czy profilaktyce boreliozy. Pisaliśmy także o lekarzu, który oferował m.in. „test energii serca” czy warsztaty „pięciu duchów”.
Na pograniczu dietetyki
O tym, jak działa ta metoda, dowiadujemy się z pierwszej ręki. Dziennikarz Mirosław Wlekły opisał dla nas swoją wizytę w poradni dietetycznej Centrum KawkaJe w Rydułtowach, jeszcze niedawno znanej pod nazwą „Klinika Medycyny Zakonnej” (pisaliśmy o niej w kwietniu, a reportaż o działalności jej szefa Andrzeja Kawki ukazał się w Dużym Formacie). Pośród kilku metod pomiarowych ta jedna jest tu kluczowa.
- Najwięcej nam SO/check powie, czyli te niedobory, nadmiary – już na samym wstępie zapowiedziała naturoterapeutka, obiecując zestaw wiedzy o stopniu przyswajalności minerałów i witamin oraz obciążeniach metalami ciężkimi.
- Szybki pomiar, a mnóstwo informacji! – zapewniała. Po niespełna minucie na komputerze pokazały się wyniki: tendencja do tycia i nadmiar tkanki tłuszczowej, które trzeba poprawić.
Lekarka: z takimi wynikami nic z nimi nie będę w stanie zrobić
Kilka dni później Wlekły wykonał badanie krwi i z wynikami udał się do Joanny Wołodkowicz – lekarki, która merytorycznie przygotowywała go do wizyty w klinice KawkaJe, a także konsultowała i weryfikowała zalecenia, które tam dostawał. Ekspertka tłumaczy, że w niektórych przypadkach wyniki wyraźnie różnią się od tych, które dał SO/check – na przykład wcale nie wykazują zaburzenia stosunku potasu do sodu.
„W analizie badania metali ciężkich metodą SO/check brakuje wartości referencyjnych oraz jednostek miary – to przekreśla jakąkolwiek wartość tego badania. Jest wykres, jakieś procenty, nie wiadomo jednak, do czego się odnoszą. Wyniki badań, z którymi się zapoznałam, są po prostu bez sensu, niczego nie wnoszą, nie mają żadnego standardu i znaczenia klinicznego. Jeśli ktoś do mnie przyjdzie z takimi wynikami, nic z nimi nie będę w stanie zrobić” – komentuje Wołodkowicz.
Andrzej Kawka upierał się jednak, że to jedyne znane mu w medycynie alternatywnej urządzenie, w którym wyniki są naprawdę powtarzalne.
Pseudo-diagnoza, realne zalecenia
Urządzenie wskazało na niedobór magnezu, więc już na wstępie padło zalecenie, że dobrze byłoby kąpać w siarczanie magnezu i psikać się magnezem w sprayu. Według „badania” niedobory fosforu, krzemu, chromu, jodu wskazują na rzekomo zaburzony metabolizm, który trzeba naprawić porządną suplementacją.
Kawka rzucił okiem na wyniki SO/check, innych badań i ankiet, w międzyczasie sporo opowiadając o sobie. Następnie skwitował: „No nic, dobrze powychodziło”. Choć już po chwili niektóre wyniki okazały się naprawdę złe. Niemal automatycznie zaznaczał w komputerze kolejne specyfiki: esencja Bacha z mieszanki wybranych ziół czy smolista substancja mumio z kwasem fulwowym (znana też jako shilajit). Dalej: „witaminki rozpuszczalne w tłuszczach”, w tym porządna dawka witaminy D3, choć późniejsze badanie krwi w przychodni wykazało, że dziennikarz miał tej witaminy pod dostatkiem.
Do tego dwa związki magnezu – jeden na mięśnie, drugi na głowę, bo „super będzie działać”. W zaleceniach pojawiły się także komplet witamin z grupy B, omega-3 i „witaminka C”. Antyoksydanty PQQ i koenzym Q10, których miało Wlekłemu „bardzo brakować w organizmie”, więc „trzeba odstawić leki na cholesterol i dostarczyć tych substancji”, poza tym „działają odmładzająco”.
Lista robiła się coraz dłuższa…
„Multiwitaminka – wszystko w jednym, trochę po trochu, żeby było”. No i jeszcze rzekomo „najcudowniejsza rzecz”, jaką dietetyk może polecić w takim wieku: „booster długowieczności”, bo z badań naukowych ma wynikać, że wykazuje „mega właściwości pod kątem długości życia” i od których „się wszystko poprawia”.
Do tego kreatyna, która buduje mięśnie i zwiększa ich wydajność, ale też wzmacnia komórki mózgowe, przez co ma być łatwiej w pracy i w życiu. Poza tym betaina HCL i maślan sodu, do każdego posiłku, ze względu na „rozwalony układ pokarmowy”. Trzy probiotyki (w tym jeden za 700 zł) oraz olejek z konopi, „czyli marihuana bez THC”.
Zalecanie suplementów, przerywane osobistymi dygresjami, zajęło niespełna osiem minut. Niemal wszystkie produkty można było nabyć na miejscu, w sklepie KawkaJe. Wskazane zakupy kosztowałyby ponad 2700 zł. Na wydruku od Kawki napisano tłustym drukiem: „Prosimy o pilnowanie nie tylko dawek i czasu, ale i wszystkich suplementów, gdyż każdy z nich spełnia tutaj swoją funkcję i zabranie nawet jednego lub dodanie innych może zaburzyć całą terapię”.
To jednak nie był jeszcze koniec. Podczas przysługującej w ramach pakietu późniejszej konsultacji telefonicznej Kawka zalecał także regulator homocysteiny. Zwracał uwagę na nadmiar w organizmie dziennikarza kadmu (który według niego warto usuwać w saunie) i rtęci (tu, zgodnie z zaleceniem, trzeba użyć protokołu Cutlera, kontrowersyjnej metody usuwania metali ciężkich). Wymieniał kolejne niedobory i zapowiadał wprowadzenie dodatkowych suplementów. Powrót do równowagi uzależniony był od żywienia się według zaleceń poradni KawkaJe i aplikowania zalecanej suplementacji.
(Nie)pewność diagnostyczna
W przytoczonych przypadkach największa pieczołowitość wydaje się być poświęcona odpowiedniej prezentacji komercyjnej technologii SO/check. Oferta innowacyjnej i bezbolesnej analizy parametrów ważnych z punktu widzenia zdrowia, ubrana w naukowy żargon i podparta odpowiednim autorytetem, może skutecznie przyciągać osoby zatroskane o zdrowie.
Szybkie pomiary, kolorowe wykresy, kompleksowe wyniki i wydawane zalecenia dostarczane są z ekspercką pewnością, która ma zasłonić rzeczywiste niepewności oraz ograniczenia diagnostyczne oferowanej technologii.
Niemniej ta pewność siebie i swoich „diagnoz” oraz metod wytrzymuje do pierwszej konfrontacji z osobą opierającą się na faktach.
Po kontakcie z nami, dr Kłodzińska wprowadziła zmiany na swojej stronie, aktualizując ją m.in. o obszerne i wyraźne oświadczenie, w którym czytamy, że analiza VIS-NIR nie służy do diagnozy medycznej oraz ma charakter edukacyjny i funkcjonalny (sam SO/check całkiem zniknął ze strony głównej, a jego miejsce zajęła aktualnie „spektrofotometria tkankowa VIS-NIR”).
Z kolei po tym, jak Mirosław Wlekły ujawnił się jako dziennikarz, Andrzej Kawka zajął stanowisko, że wcale nie stawia SO/check nad laboratorium. Dodał, że metoda ta wcale nie służy do samodzielnego rozpoznawania chorób czy zatruć, a wyniki wymagające decyzji medycznej powinny zostać potwierdzone właściwą metodą referencyjną. Mimo że podczas wizyty, natychmiast po badaniu SO/check, nie miał problemu z wydaniem całej gamy suplementów i zaleceń bez wglądu do badań moczu czy krwi.
Na osobną uwagę zasługuje fakt, że także na stronie centrum KawkaJe zaszły zmiany w brzmieniu oferty pomiaru technologią SO/check. Tam również pojawiły się brakujące zastrzeżenia oraz wyjaśnienia „opracowane przez dr hab. Ewę Kłodzińską”.
Jak czytamy, badania nie zastępują diagnostyki laboratoryjnej, badań obrazowych ani konsultacji lekarskich. Pomiar OLIGO/check ma np. sprawdzać „względne wskaźniki dotyczące wybranych makro- i mikroelementów”, ale już nie „stężenie witamin, minerałów i pierwiastków we krwi”. Na oficjalnej stronie SO/check w Polsce takich informacji wciąż brakuje.
Pomiar pod suplementy?
Jednym z założeń „badania” SO/check ma być ustalanie niedoborów, nadmiarów czy „biodostępności” pierwiastków i witamin. Taki kierunek w naturalny sposób prowadzi m.in. w stronę suplementacji. Wystarczy, że w kolorowym raporcie bilansu składników odżywczych wartości na wykresie dosięgną czerwonego obszaru „poprawić”, aby otworzyła się furtka dla kolejnych wydatków „w trosce o zdrowie”. Kiedy stosowanie suplementów faktycznie ma sens?
Komitet Nauki o Żywieniu Człowieka PAN w swoim stanowisku wskazuje, że suplementację należy poprzedzić profesjonalną oceną sposobu odżywiania i zmianami bilansującymi dietę. Suplementy powinny być stosowane w uzasadnionych sytuacjach, np. kiedy istnieje ryzyko, że zwyczajowa dieta nie dostarcza odpowiedniej ilości składników odżywczych (choćby witaminy B12 w diecie wegańskiej).
Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej z kolei wskazuje, że suplementację niezależnie od powodu powinniśmy konsultować z lekarzem, farmaceutą czy dietetykiem. Tylko co w momencie, gdy eksperci do ustalania planów suplementacyjnych wykorzystują metody o niepotwierdzonej wiarygodności?
O ile Kodeks Etyki Lekarskiej jasno wskazuje, że lekarz nie może używać metod szkodliwych, bezwartościowych czy niezweryfikowanych naukowo, o tyle w przypadku zawodu dietetyka sprawa nie jest taka prosta.
Ekspertka: brak ścisłych regulacji i nadzoru zawodowego dietetyków
Z pytaniem, czy dietetykowi wolno używać niezweryfikowanych metod, zwróciliśmy się do dr Justyny Malinowskiej, dietetyka Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego. Ekspertka zwróciła uwagę, że zawód dietetyka w Polsce nie jest w pełni uregulowany prawnie i nie istnieje samorząd zawodowy posiadający ustawowe uprawnienia dyscyplinarne, analogiczne do tych funkcjonujących w zawodach lekarza czy farmaceuty.
„W związku z tym kontrola jakości porad dietetycznych odbywa się przede wszystkim poprzez przepisy prawa cywilnego, ochronę konsumentów, działania Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (np. w przypadku stosowania wprowadzających w błąd oświadczeń zdrowotnych), a także standardy i kodeksy etyczne organizacji zawodowych oraz towarzystw naukowych” – przekazała nam dr Malinowska. Ekspertka dodaje:
Z perspektywy profesjonalnej praktyki dietetycznej zaleca się opieranie porad na aktualnej wiedzy naukowej, zasadach evidence-based medicine (EBM), wytycznych towarzystw naukowych oraz rekomendacjach krajowych i międzynarodowych ekspertów. W praktyce jednak, ze względu na brak ścisłych regulacji i nadzoru zawodowego, niektórzy dietetycy mogą stosować metody, których skuteczność i bezpieczeństwo nie zostały potwierdzone w rzetelnych badaniach naukowych.
Codzienna dawka „niewinnej” dezinformacji
Choć technologia SO/check w założeniu bazuje na realnych rozwiązaniach analitycznych, marce towarzyszą zdrowotne obietnice wykraczające poza jednoznacznie udowodnione naukowo możliwości technologiczne oferowanych metod. Urządzenie lifestyle’owe – które w założeniu nie zastępuje diagnostyki medycznej, ale jednocześnie ma dostarczać informacji na temat szeregu konkretnych parametrów biologicznych, wpływając na decyzje żywieniowe czy zdrowotne – wydaje się dobrze wpisywać w kierunek obserwowanej ewolucji dezinformacji medycznej w polskiej infosferze.
Zgodnie z wnioskami tegorocznego raportu medialnego Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu i Mediaboard, fałszywe informacje rzadziej prezentowane są już jako sensacyjne teorie spiskowe, a częściej przemycane w postaci z pozoru niewinnych porad zdrowotnych o stylu życia i codziennych praktykach. Niezweryfikowane „zdrowotne platformy profilaktyczne”, których pomiary wykorzystuje się do formułowania konkretnych zaleceń, np. suplementacji, mogą napędzać szum informacyjny w tematyce zdrowia. Nasze doświadczenia pokazują, że SO/check wpisuje się w tę diagnozę idealnie.